image

Ona mówi, że jestem prawdziwym hipochondrykiem. Pierwszej klasy. Nawet nie wiecie ile musiałem poświęcić, by zrozumieć, że zamiast wszystkich chorób świata, o których mam mniejsze lub większe pojęcie, mam tylko jedną. Tę do której właśnie Ci się przyznałem czytelniku. Robię to wbrew swojemu przekonaniu, bo zgodnie z nim jestem śmiertelnie chory. Ale skoro ona tak mówi, pewnie nic mi nie jest. Jestem nerwowym człowiekiem – ten wyjątkowy typ nerwowości odziedziczyłem w genach. Nerwica, hydroksyzyna, urojone zawały i wielki cyrkowy szpagat na posadzce pogotowia, który obrósł mi w tak rubaszny komizm, że pod postacią anegdoty stał się moim popisowym numerem. Wszystko to przyszło mi w spadku. O takie rzeczy bywam spokojny. Bywam wręcz nudny o takie rzeczy. Ten wyjątkowy rodzaj spokoju odziedziczyłem po pokoleniach śmiertelników. Pogodzonych i przepełnionych akceptacją. Bo przecież nikt po drugiej stronie niby nie wraca i nie skarży się. Nikt nie chce się napić piwa, ani grać w gry planszowe, nikt nie chce kupić sobie kota, ani nie narzeka, ani nie chodzi do pracy. Nikt się nie skarży. Mają taki luz, że nawet nikt nie raczy przysłać nam oświeconych recenzji wszystkiego tego co publikujemy w Niebie. Bo jak mówi mój osobisty Blake, wszystko to co napiszemy z miejsca publikowane jest tam i spodobało mi się to, bo wydawca potrafi być czasami kolejną z chorób, na które cierpisz. Zakładam też, że jeśli już się jest w Niebie to ma się trochę większe pojęcie o wszechrzeczy. – Hej, jeśli to czytacie nieboszczyki, rzućcie choć jedno słowo, naprowadźcie trochę. To byłby raj. Bez urazy Drodzy Zmarli Czytelnicy.

Nie wiem, czy to na tym polega. Narzekanie rozładowuje stres. Polacy powinni żyć wiecznie, gdyby tylko narzekali pięknie. Zakładam, że kiedy jesteś trupem nie jesteś pewnie narażony na wiele sytuacji stresowych. Jesteś poza cywilizacją, jesteś członkiem niebiańskiego klubu. Jesteś poza wszelkimi cywilizacyjnymi wadami ukrytymi i nabytymi. Narzekanie to jest zadanie tych, którzy są pomiędzy nami – chciałbym mieć płonące podeszwy butów i przestępować z nogi na nogę, idąc nerwowo, ale pełen ekscytacji, na zachód, na wschód, na południe i północ. Ale miast tego mam echa serca, szmery w płucach, kłucia i bóle, a wszystko to jest fantomem postaci, którą stworzyłem, którą boję się stać, i którą nigdy nie będę. Przez to wszystko będę wreszcie kimś kogo nie znam. Kto nie ma moich problemów. Ale przecież trochę strach umierać. Nie lubię komplementów. Czasami boję się, że nie wierzę Boga, tylko po prostu boje się umrzeć. Czuje strach przed należnością do klubu. Że nie dam rady, że nie osiągnąłem niczego pokaźnego, że jestem tylko arkadyjskim pierdzielem snującym się po parkingu. Tymczasem, snując się tak w przerażeniu, snując się ku stracie czasu, uświadamiam sobie, że najgorszym jednak moim problemem jest to, że wcale mi się nie umiera. To tylko kaprys, nad którym nie panuję. Brakuje mi Zen. Brakuje mi porządnego kopa w łeb. Brakuje mi Kadyszu. Brakuje mi japońskiej duszy i niemieckiego szaleństwa. Niemieckich wysokich butów. Oczytanych znachorów, który stukną się ze mną przy stoliku. Nie potrzebuję lekarzy. Nie chcę żeby żaden z moich przyjaciół ich potrzebował.

Ona mówi mi, że mam paranoję, że jestem panikarą, tak jakbym nagle stawał się starą babą szwędającą się po kuchni i narzekającą na każdą, idealnie wytrenowaną w hipochondrii część ciała. Każdą dającą swój własny występ, jak na symultanicznym średniowiecznym ulicznym teatrze makabry. Duża część mnie uważa, że nie istnieją substancje rakotwórcze. To samo nastawienie, mówienie, czy słuchanie o nowotworach je wywołuje. Samotwory. Tu plamka, tu zaczerwienienie, tu rak tego i tamtego. Ciągłe bicie rekordu złośliwości. Chciałbym, żeby Ona była moim lekarzem, ale to skomplikowałoby wszystko. To byłaby katastrofa. Ona tego nie wie. Ona mówi, że pójdzie ze mną do lekarza, skoro sam się boję:

- Przepisze ci na to jakiś antybiotyk i już.

Ale ja nie pójdę, bo przecież gdy mnie doktor zobaczy, od razu powie mi, że umrę. Że umieram. Że to już się zaczęło i właściwie wszystko poza tym się kończy. Że już pieczątki są przybite i wszystko już umówione. Matko boska, po prostu to odwlekę – Myślę sobie. - Skoro oni nie widzą mnie, jestem jeszcze dla nich niewidzialny. Póki co jestem bezpieczny. A potem - „O, Panie Like, w końcu pan się zdecydował. Zostały panu dwa miesiące życia.” - A mogłem poczekać jeszcze trochę. Jeszcze miesiąc. Wtedy miałbym jeszcze całe trzy.

Mam chyba z pięć lat i nie mam jeszcze pojęcia o tym, czym jest śmierć. Są Święta Bożego Narodzenia, a potem mijają. Przychodzi ksiądz po kolędzie, a my mieszkamy w naszym starym, wynajętym od hindusa mieszkaniu. Ksiądz jest szczupły, niski i wiekowy, ma siwe włosy sterczące w każdym kierunku i wygląda jakby był uosobieniem, kreskówkowego szalonego naukowca. W tych swoich okularach i tej sutannie czarnej, bo czarny to kolor radości i nadziei. Herbata, kawka, sto, czy dwieście złotych. Pokropił. Porozmawiał.

- A kim będziesz kiedy dorośniesz? – siedzę na kolanach anioła śmierci.

- Nie wiem. – siedzę na kolanach anioła śmierci.

- Musisz wiedzieć pięciolatku, kiedyś pójdziesz na studia, do pracy, wyprowadzisz się…

- Nie pójdę, będę mieszkał z mamą i tatą.

- No ale przecież mama i tata umrą pięciolatku. – uśmiechnął się do mnie i mrugnął.

Aniele, ten uśmiech nie opuścił mnie już nigdy. Odkryłeś przede mną jeden z aspektów życia, o którym nie miałem szerszego pojęcia. Nigdy nie stałem się antyklerykałem. W tych słowach nie ma ani krzty ironii. Całkiem poważnie. Od tamtego czasu, po prostu nastawiałem uszu. Jak owczarek, pilnujący stada. Pilnujący najbliższych, którzy bezmyślnie nie bali się śmierci. Nie byli nią przerażeni. Byli spokojni i brali ją jako coś normalnego. Kolej rzeczy. Pięciolatek bojąc się zapytać, czekał aż zrozumie więcej. Nie pytał bo wiedział, że jeśli zapyta, wywoła faktyczne istnienie śmierci. Jak sądzę tak samo jest właśnie z konsultacjami lekarskimi. Pytania rozdrażniają prawdę, pytania ściągają na ciebie lawinę różnych prawd. Uszy pięciolatka sterczą, on nasłuchuje. W końcu uświadamia sobie, że istotnie, liczba jego dziadków jest nieparzysta, a jak ustalił parę lat wcześniej każdy ma mamę i tatę. - Rodziców w liczbie parzystej i są oni różnej płci, co z dumą również zakłada, bo odkrył i tę subtelną dwojakość istot człowieczych. Potem ojciec mówi mu, że jego własny tata nie żyje i był trochę starszy niż pięciolatek kiedy to się stało. Mówi mu, że nie miewa snów. Mówi pięciolatkowi, że boi się być pięćdziesięciojednolatkiem. Potem pięciolatek zapyta swoją mamę, czy i ona kiedyś umrze. No i owszem, podobno wszyscy kiedyś umrą, ale nie powinien sobie tym teraz zaprzątać głowy.

 Jak niby? Kiedy ja miałem plany związane z nieskończonością.

Potem nagle umiera ktoś w rodzinie. Akurat wtedy, kiedy pięciolatek zbiera poziomki, czy jagody. Ma uczucie jakby dorośli bardzo się pokłócili, ale przecież jest bardzo cicho, a on czuje, że coś ściska go pod żeberkami i dusi. Jakby nie pozwala się odezwać. Mama tłumaczy, że to z powodu miłości. Pradziadek, najstarszy człowiek jakiego znał, bo znał już około dziesięciu osób - umarł. Czyli jednak. Trzeba było nie wściubiać tam nosa. Nie otwierać jej drzwi. Nigdy. Spadł z krzesła, w miejscu gdzie teraz, po wielu latach pięciolatek ustawił telewizor, a potem regał z książkami, gdzie teraz stawia butelki, kiedy z kumplami tnie w karty i pali papierosy. Czasami uważa, że mieszkanie jest lekko nawiedzone, bo po śmierci pradziadków nie przyszedł ksiądz i nie pokropił. Pamięta, że prababcia w dzień pogrzebu powiedziała do niego: „Nie wiem, zapytaj pradziadka.” Była zniszczona. Ubrana na czarno i stara. Nikt się nie odezwał. „Zapomniałam, przepraszam”.

Mija dwadzieścia lat nastawiania uszu. Chorób, raków w rodzinie, operacji, wyrżniętych organów, operacji znajomych, śmierci dalekich znajomych i artykułów z ohydnymi zdjęciami, które wyprzeć może tylko dziesięć innych artykułów, które tylko nazywa się tak a są zdjęciami gołych kobiet. Nie da się wyprzeć, zostają. Nie patrz się tam, samotwór, dostaje się to od patrzenia. Patrz na gołą babę. Dostaniesz gołą babę. Jak arab wysadzający się powietrze w metrze. W kinie, w Lublinie. Dostaniesz gołą babę zamiast śmierci. Nie masz już pięciu lat. Masz uszy jak osioł i nie jesteś już pięciolatkiem. Dzwonisz domofonem.

Przez telefon brzmi jeszcze normalnie, ale kiedy wchodzisz stopień po stopniu, przeczuwasz, że cała jej siła jaką miała poszła w to krótkie powitanie, które rzuciła ci przez głośnik. Wchodzisz. Masz chyba nawet uśmiech na twarzy, bo wiesz, że jest on zaraźliwy, a na chorobach znasz się przecież jak mało kto. Ona pyta czy to już, a ty mówisz, że jak już, że co – że jak ona może tak mówić. Przecież on nie umrze, a nawet się na to nie zanosi. A wiesz, że on już jest za stary, żeby z tego wyjść i że wcale nie chce z tego wychodzić. Że nie chce pić wina bo zaostrza apetyt, że nie chce już być przekonywany i przekonywać innych, że ma w sobie chęć życia. Bo nic już nie kojarzy, nic już się nie klei i wcale nie musi wiedzieć co dzieje się z jego organizmem oprócz tego, że już przestał działać. Do szpitala jedziesz autobusem i nie pamiętasz kiedy ostatnio jechałeś takim środkiem transportu z jakimkolwiek członkiem rodziny. Teraz pilnujesz, żeby nikt nie zajął jej krzesła, mówisz do niej o poziomkach, czy o czymkolwiek co nie ma nic wspólnego ze śmiercią. Chcesz, żeby nie miała twojej siły i wiedzy, że jedziesz się właśnie pożegnać. Że on czeka jeszcze tylko na ciebie, a potem maszyna przestanie pompować w jego oklapłe płuca powietrze i jego klatka piersiowa przestanie świszczeć tak beznadziejnie, a lekarka powie, w końcu, że to już. Kiedy wrócisz do domu przypomnisz sobie wiele rzeczy i pójdziesz spać. Przypomnisz sobie jaką książkę czytał ten rudy facet, któremu przetaczali krew łóżko obok, przypomnisz sobie dziwacznie złożone w jedno zdanie słowa: „Ani nie polepsza się, ani stan się nie zmienia”. I przypomnisz sobie widok z okna i anteny i rdzę na rynnie i to czarne coś czym zawsze pokryte są dachy. I buty. I windę. I faceta, który rozmawiał z nią i mówił, że wydawało mu się, że wcześniej on miał otwarte oczy i mówił. I pamiętasz, że łóżek w sali było osiem, albo sześć. I chcesz zapamiętać wszystkie te rzeczy z maniakalnym uporem. Myślisz o tym, żeby je zapisać bo są one dla ciebie z niewiadomych powodów istotne. Jak okazuje się po dwóch, czy trzech latach, wcale o nich nie zapomniałeś. Właściwie zapamiętałeś ich znacznie więcej niż myślałeś, że ci się uda. Pamiętasz, że kiedy się obudziłeś, dzwonił telefon, a ty odebrałeś i bezsilnie przewróciłeś się na drugi bok, tak jak się ucieka przed kacem, albo poniedziałkiem. Potem telefon zadzwonił drugi raz a ty powiedziałeś swojej dziewczynie, że dziadek umarł, a ona odpowiedziała: „Tak myślałam”. Potem trochę popijesz z przyjacielem. Dwa czy trzy razy załamie ci się głos, ale czujesz, że gdyby załamał się jeszcze kilka razy byłoby dobrze, bo chcesz, żeby ktoś zapamiętał, że wykonywałeś pracę żałoby. Potem posłuchasz jeszcze kilka razy rozmów telefonicznych, które kręcić się będą powolnie wokół słowa „Już”. Potem zrobisz parę notatek bo uznasz, że to dla ciebie ważne. Potem je zgubisz. Będziesz beztroski. Będziesz oburzony bo okaże się, że taniej wyjdzie urna, niż trumna. Będziesz czuł zapach wiosennego wiatru, który tak uwielbiasz, czuć pierwszy raz po długiej zimie. Tej wiosny poczujesz go pierwszy raz dopiero kiedy będziesz szedł za niedorzecznie brzęczącym meleksem wiozącym urnę. Choć powinna to być trumna. Nie patrzysz do grobu, bo podobno zmarli ściągają wtedy do siebie. Patrzyłeś do karygodnie zaniedbanych grobowców na Cmetarzu Père-Lachaise bo jeszcze nie wiedziałeś, że tak jest. Wtedy byłeś bezpieczny.

1 rok temu
  1. greglike opublikował(a) to